Polubić siebie, od początku do końca. Ale nie na zasadzie, że bezkrytycznie siebie akceptuję i wmawiam sobie, że przecież wszystko w porządku kiedy:
- znowu zamawiam pizzę, bo mi się nie chce gotować, albo
- zamiast zrobić sobie na śniadanie kanapki z dobrą wędliną, dużą ilością sałaty i pomidorem, to po drodze do pracy odwiedzam piekarnię szwajcarską i wychodzę z niej z reklamówką pyszności zawiniętych w ciasto francuskie, albo
- robię kilkadziesiąt naleśników, które zamrażam i potem regularnie z lubością podsmażam na patelni, bo takie są przecież najlepsze, albo
- robię sobie pyszną jajecznicę na masełku, bo nie chce mi się tracić czasu na gotowanie jajek, a jeśli już się zechce, to nie mogę sobie wyobrazić zjedzenia ze smakiem jajka bez majonezu.
Naprawdę czas otrząsnąć się z tego letargu pozornej samoakceptacji. Trzeba zacząć coś konkretnego i konsekwentnego robić w sprawach, które nie układają się po mojej myśli. Nie da się przecież w nieskończoność zagłuszać złego samopoczucia, eksponowaniem postawy, która ma na celu wywołanie tak w otoczeniu, jak i we mnie samej - wrażenia wręcz przeciwnego. Samo się nic nie zrobi. Współkształtujemy tą rzeczywistość, trzeba to sobie jasno powiedzieć. Będę to sobie tłuc do głowy niczym mantrę, aż mi utknie w podświadomości jak należy.
Nikus.09
21 maja 2013, 00:00mam podobnie, moja motywacja maleje z każdą godziną. Jestem wielkim LENIEM, ponieważ wole zjesc szybko i tłusto niż przygotowac cos zdrowego, a skutkami sie zbędne kilogramy.. cóż najcięższe są początki, zmiana przyzwyczajeń.